— Proszę pana o uszanowanie mojej tajemnicy.

— Dziwny z pana człowiek, mój hrabio! Więc wcale nie chce się pan do tego mieszać?

— Wcale.

— Skończmy więc ten temat. Do widzenia.

— Do widzenia.

Morcerf wziął cylinder i wyszedł.

Przed bramą czekała na niego dorożka; powstrzymując z całej mocy gniew, kazał się wieźć do Beauchampa.

Beauchamp był w redakcji dziennika, siedział w swoim gabinecie, ciemnym i zakurzonym, jakie bywają redakcje dzienników. Albert kazał się do niego zaprowadzić.

Gdy zaanonsowano Alberta de Morcerf — kazał to sobie powtórzyć dwa razy, w końcu, wciąż nie dowierzając, zawołał:

— Proszę!