Albert wszedł.

Beauchamp wydał z siebie okrzyk zdziwienia, ujrzawszy przyjaciela grzęznącego w stosach papierów i niezręcznie stąpającego po gazetach wszelkiego formatu, pokrywających podłogę biura.

— Tędy, tędy kochany Albercie — rzekł, wyciągając rękę. — Cóż cię tu u diabła sprowadza? Zgubiłeś się jak Tomcio Paluch w lesie, czy też przychodzisz zaprosić mnie po prostu na śniadanie?

— Posłuchaj, Beauchamp — rzekł Albert. — Przychodzę, by pomówić z tobą o twojej gazecie.

— Ty, Albercie? A czego od niej chcesz?

— Chcę sprostowania.

— Ty? Ale sprostowania czego, Albercie? No usiądź, proszę cię.

— Dziękuję — odpowiedział znowu Albert z lekkim skinieniem głowy.

— O co chodzi?

— Żądam sprostowania pewnych przytoczonych faktów, które godzą w honor jednego z członków mojej rodziny.