— Panie Albercie de Morcerf — rzekł Beauchamp, wstając. — Miałbym prawo wyrzucić pana przez okno dopiero za trzy tygodnie, to znaczy za dwadzieścia jeden dni, tak więc dziś i pan także nie ma prawa, aby roznieść mnie na strzępy. Mamy dzisiaj dwudziesty dziewiąty sierpnia, zobaczymy się dwudziestego pierwszego września. Do tego dnia, radzę panu jako człowiek uczciwy, przestańmy na siebie szczekać jak dwa uwiązane na powrozach psy.

I Beauchamp skłonił się poważnie młodzieńcowi, odwrócił do niego plecami i wyszedł do drukarni.

Albert zemścił się na stosie gazet, które rozrzucił, smagając z rozmachem szpicrutą, po czym wyszedł, odwracając się jeszcze kilkakrotnie ku drzwiom drukarni.

Po chwili zaczął smagać konia z tą samą zaciętością, z jaką przed chwilą wyżywał się na Bogu ducha winnych papierach. Mijając bulwar, spostrzegł Morrela, który z zadartą głową, błyszczącym okiem i wymachując energicznie rękami przechodził obok chińskiej łaźni, idąc, od bramy Św. Marcina, w kierunku kościoła Świętej Magdaleny.

— Ech — westchnął Albert. — Oto szczęśliwy człowiek.

I przypadkiem nie mylił się.

78. Lemoniada

Morrel był bardzo szczęśliwy.

Pan Noirtier tylko co po niego posłał, a Morrel tak bardzo pragnął dowiedzieć się czym prędzej, jaka jest przyczyna tego wezwania, że nie wziął dorożki. Wolał zaufać swoim własnym nogom niż czterem końskim, wybiegł więc z ulicy Meslay na przedmieście Świętego Honoriusza.

Morrel szedł sprężystym krokiem, a nieszczęsny Barrois starał się jak mógł dotrzymać mu kroku: Morrel miał lat trzydzieści jeden, a Barrois sześćdziesiąt, Morrel był upojony miłością, Barrois zaś znużony niezmiernym upałem.