Dwóch tych mężczyzn, różnych zupełnie pod względem wieku i dążeń, przypominało dwa ramiona trójkąta rozchodzące się u podstawy, a zbiegające u wierzchołka.
Wierzchołkiem był pan Noirtier, który posłał po Morrela, i polecił się mu pospieszyć. Polecenie to, ku wielkiej rozpaczy Barroisa, młodzieniec wypełniał nader gorliwie.
Morrel przyszedł na miejsce, nie zasapawszy się nawet, bo miłość dodała mu skrzydeł; ale Barrois, który od dawna już nie kochał, był cały oblany potem.
Stary sługa wpuścił Morrela bocznymi drzwiami, zamknął drzwi gabinetu, a po chwili szelest sukni sunącej po podłodze obwieścił przybycie Valentine.
Valentine wyglądała zachwycająco w żałobnej sukni.
Morrel tak słodko się rozmarzył, że niemal mógł się obejść bez rozmowy z panem Noirtier, ale wózek starca zaturkotał po podłodze a po chwili ukazał się on sam.
Noirtier życzliwym wzrokiem przyjął wylewne podziękowania Morrela za cudowne włączenie się do sprawy, które uchroniło Valentine i jego od desperacji. Następnie wzrok Morrela przeniósł się pytająco na inny przejaw łaski, którą został obdarzony, czyli na młodą dziewczynę. Onieśmielona, siedziała w pewnej odległości od młodzieńca, czekając, aż dziadek nakaże jej mówić.
Noirtier także na nią spojrzał.
— Czy mam powiedzieć, to, co mi, dziadku, zaleciłeś? — zapytała.
— Tak — odparł Noirtier.