— Napij się, kochany Barrois — rzekła dziewczyna. — Napij się, mój drogi, bo widzę, że już oczami pijesz tę lemoniadę.
— To prawda — rzekł Barrois — że umieram z pragnienia i że chętnie wypiłbym za zdrowie państwa szklankę lemoniady.
— To wypij — rzekła Valentine — i zaraz wracaj.
Barrois wyniósł tacę i ledwie znalazł się na korytarzu, przez niedomknięte drzwi widać było, jak przechylając do tyłu głowę, duszkiem wypił całą szklankę napełnioną przed chwilą przez Valentine.
Valentine i Morrel żegnali się właśnie w obecności Noirtiera, gdy wtem dał się słyszeć odgłos dzwonka na schodach od apartamentu pana Villeforta.
Zwiastowało to czyjąś wizytę. Valentine spojrzała na zegar.
— Już dwunasta — rzekła. — Dziś sobota, dziadziu, to na pewno lekarz.
Noirtier dał znak, że faktycznie powinien to być lekarz.
— Przyjdzie tu, trzeba więc, aby pan Morrel wyszedł, czy tak, dziadziu?
— Tak — odpowiedział starzec.