W tym samym momencie, zwabiony krzykami, ukazał się na progu pan Villefort.
Morrel puścił na pół omdlałą Valentine, cofnął się, i zniknął w kącie pokoju, schowany za portierą. Blady, utkwił nieruchomy wzrok w konającym nieszczęśniku.
Noirtier wrzał cały ze zniecierpliwienia i trwogi; całą swoją duszą rwał się, by biec starcowi na pomoc. Był on przecież bardziej jego przyjacielem niż sługą. Widać było, jak okrutną walkę stacza w nim właśnie życie ze śmiercią. Na czole starca nabrzmiały żyły, a wokół oczu niektóre mięśnie jego twarzy drgały jeszcze w skurczach.
Barrois ze zmienioną twarzą, z oczami nabiegłymi krwią, z szyją wygiętą do tyłu, wyciągnięty był na podłodze. Jego ręce biły o ziemię, a nogi miał tak zesztywniałe, że łatwiej byłoby je na pół złamać, niż zgiąć.
Z ust wytoczyło mu się trochę piany; pojękiwał boleśnie.
Villefort stał przez chwilę osłupiały, wpatrując się z wytrzeszczonymi oczami w tę scenę.
Morrela nie dostrzegł. W czasie tej krótkiej chwili, kiedy niemo obserwował scenę, twarz jego pobladła, a włosy zjeżyły się na głowie:
— Doktorze! Doktorze! — krzyknął, rzucając się ku drzwiom. — Prędzej!
— Proszę mamy! Proszę mamy! — zawołała Valentine macochę, wybiegając na schody. — Prędzej! I niech mama weźmie sole trzeźwiące!
— Co tam się stało? — odezwał się metaliczny i opanowany głos pani de Villefort.