— On zaraz upadnie! — zawołał Morrel.
I rzeczywiście, Barrois drżał coraz mocniej; rysy twarzy zmieniły mu się pod wpływem konwulsyjnych drgnięć mięśni i zwiastowały silny atak nerwowy.
Noirtier, widząc Barroisa w takim stanie, zaczął nerwowo mrugać oczami, a w jego wzroku pełnym życia i przenikliwości, malowały się wszystkie uczucia miotające jego sercem.
Barrois zrobił kilka kroków w kierunku swego pana.
— O mój Boże! Boże... Panie! Co mi jest? Ja okropnie cierpię... nic już nie widzę — krzyknął Barrois. — Tysiące ogni spala od środka moją czaszkę. Nie dotykajcie mnie, nie dotykajcie mnie!
Wzrok starca stawał się coraz ostrzejszy i coraz bardziej błędny, głowa przechyliła mu się w tył, a ciało zaczęło sztywnieć.
Valentine przerażona krzyknęła; Morrel ogarnął ją ramionami, jakby chciał obronić od jakiegoś niebezpieczeństwa.
— Panie doktorze, panie doktorze! — krzyknęła Valentine stłumionym głosem. — Do nas, na ratunek!
Barrois obrócił się, zrobił trzy kroki w tył, potknął się i upadł wprost pod nogi Noirtiera. Opierając się ręką o jego kolana wołał:
— Mój panie! Mój dobry panie!