— O, mój panie! — krzyczał Barrois. — Pozwoli mi pan tak umrzeć? Umieram! Boże mój! Umieram!
— Pióro, pióro, dajcie pióro! — zawołał lekarz.
Spostrzegł pióro na stole.
Próbował włożyć pióro w usta chorego, który w konwulsjach daremnie starał się zwymiotować, ale szczęki miał tak zaciśnięte, że włożenie pióra okazało się niemożliwe.
Ten atak był dużo silniejszy od pierwszego. Barrois zsunął się z kanapy na ziemię i zesztywniał.
Lekarz, nie mogąc w żaden sposób ulżyć jego cierpieniu, pozostawił go na podłodze i zbliżył się do Noirtiera:
— Jakże się pan czuje, dobrze? — zapytał pospiesznie cichym głosem.
— Tak.
— Lekko w żołądku, czy czuć jakiś ciężar? Lekko?
— Tak.