— Ależ panie prokuratorze — rzekł lekarz. — Niech pan będzie człowiekiem. Pan przecież zna się na prawie, to może panu przynieść zaszczyt, ale będzie pan musiał się zdobyć na całkowitą ofiarę.

— Pan mnie przeraża, doktorze! Ofiara! Podejrzewa pan kogoś?

— Nie podejrzewam nikogo; śmierć puka do pańskich drzwi, wchodzi, ale nie błądzi na ślepo, tylko z rozmysłem przechodzi z pokoju do pokoju. A ja podążam ciągle w ślad za nią, rozpoznaję jej kroki! Sięgam do mądrości starożytnych, i błądzę po omacku; bo moja przyjaźń i szacunek dla pana i pańskiej rodziny są jak opaska, która przesłania moje oczy. Ale jednak...

— Niech pan mówi, niech pan mówi, doktorze, ja znajdę odwagę.

— Trzeba znaleźć tego, komu zbrodnia przyniesie korzyść, mówi zasada prawa.

— Doktorze — zawołał Villefort. — Doktorze, ileż razy sprawiedliwość ludzką zmyliły te okropne słowa! Nie wiem, nie wiem, ale zdaje mi się, że ta zbrodnia...

— Przyznaje pan więc w końcu, że miała tu miejsce zbrodnia?

— Tak, przyznaję. Cóż począć. Rzecz nie ulega wątpliwości, proszę pozwolić mi jednak mówić dalej. Zdaje mi się, że ta zbrodnia spada przede wszystkim na mnie, a nie na ofiary. Mam przeczucie, że za tymi wszystkimi klęskami innych, czai się moja klęska.

— O człowieku — wyszeptał lekarz — najbardziej egoistyczny ze wszystkich zwierząt, najbardziej egocentryczny ze wszystkich stworzeń. Zawsze zdaje ci się, że Ziemia kręci się tylko wokół ciebie, że słońce świeci wyłącznie dla ciebie, że śmierć zbiera żniwo tylko dla ciebie. Mrówko, co złorzeczysz Bogu z wierzchołka trawy! Czy ci, co stracili życie, nic nie stracili? Pani de Saint-Méran, pan de Saint-Méran, pan Noirtier...

— Jak to pan Noirtier?