— Panie de Villefort — rzekł lekarz głośno, tak aby wszyscy słyszeli. — Biedny Barrois od kilku lat mało się ruszał. On, który przywykł przemierzać wraz ze swoim panem, konno czy powozem, wszystkie krańce Europy, nie wytrzymał monotonnej służby, kręcąc się tylko wokół jednego fotela. Krew mu zgęstniała. Przytył, szyję miał tłustą i krótką, i ten nagły atak apopleksji powalił go, a mnie za późno dano znać.

— Aha — dodał z cicha. — Niech pan nie zapomni wylać fiołkowy syrop do kominka, w popiół.

To powiedziawszy, lekarz wyszedł, nie podając nawet Villefortowi ręki i nie wracając do tego, o czym mówili; do drzwi odprowadziły go łzy i zawodzenia wszystkich domowników.

Tego samego wieczora służący Villeforta zebrali się w kuchni i po długiej naradzie przyszli do pani de Villefort prosząc o zwolnienie ze służby. Nie pomogły prośby ani zapewnienia o wyższych zarobkach. Na wszystko mieli jedną odpowiedź: „Chcemy odejść, bo śmierć zawładnęła tym domem”.

Na nic zdały się prośby. Odeszli, oznajmiwszy, że bardzo przykro im zostawiać tak dobrych państwa, a zwłaszcza pannę Valentine, taką miłą, łagodną panienkę, o tak gołębim sercu.

Pan Villefort, słysząc te słowa, spojrzał na Valentine.

Płakała.

Dziwne, ale pod wpływem wzruszenia, które poczuł, widząc łzy córki, spojrzał również na żonę i wydało mu się, że dostrzegł na jej wąskich wargach przelotny i złowieszczy uśmieszek, podobny do niepokojących meteorów, które prześlizgują się między chmurami po burzliwym niebie.

80. Pokój byłego piekarza

Tego samego dnia, kiedy hrabia de Morcerf, wściekły i upokorzony, co zrozumiałe, chłodnym przyjęciem, opuścił dom pana Danglarsa, pan Andrea Cavalcanti, ufryzowany i wypomadowany, z podkręconym wąsem, w białych rękawiczkach, pod którymi rysowały się wyraźnie paznokcie, zajechał, niemal stojąc w swym faetonie, na dziedziniec u państwa Danglars.