Po dziesięciu minutach rozmowy w salonie, znalazł sposób, by zaprowadzić bankiera w stronę okna, gdzie w okiennej niszy wyłożył panu Danglarsowi wszystkie zgryzoty, jakie trawią jego duszę po wyjeździe ojca. I tak zwierzył się, że po wspomnianym wyjeździe właśnie w rodzinie bankiera, gdzie czuł się traktowany jak rodzony syn, znalazł nie tylko najwięcej życzliwości, ale także nadzieję na przyszłe szczęście, którego każdy mężczyzna powinien szukać, nim ulegnie kaprysom uczucia, a co do samego uczucia, to miał wielkie szczęście odnaleźć je w pięknych oczach panny Eugenii.

Danglars słuchał tego z największą uwagą, już bowiem od blisko trzech dni czekał na takie wyznanie ze strony pana Andrei i gdy w końcu je usłyszał, jego oczy otwarły się szeroko i rozpromieniły z tą samą mocą, z jaką zmrużyły i zasępiły w czasie rozmowy z panem de Morcerf.

Jednakowoż nie chciał od razu przyjmować propozycji Andrei i postanowił wybadać lepiej zamiary młodzieńca.

— Drogi panie — rzekł — czy nie jest pan zbyt młody, aby myśleć o małżeństwie?

— Ależ nie, proszę pana — odparł Cavalcanti — wcale tak nie uważam: we Włoszech wielcy panowie żenią się przeważnie w młodym wieku, to zresztą logiczne. Życie jest tak krótkie, że należy chwytać szczęście, gdy tylko zapuka do naszych drzwi.

— W takim razie, drogi panie Cavalcanti, zakładając, że pańska propozycja, która przynosi mi zaszczyt, zostanie przyjęta przychylnie przez moją żonę i córkę, z kim będziemy rozmawiać o interesach? Są to, jak sądzę, pertraktacje dość istotne i tylko ojcowie potrafią mówić o nich tak, by wyszły na dobre dzieciom.

— Panie, mój ojciec, człowiek mądry, rozsądny i szanujący konwenanse przewidział tego rodzaju okoliczność, na wypadek gdybym miał zamiar pozostać we Francji. Odjeżdżając, zostawił mi wszystkie dokumenty, które potwierdzają moją tożsamość, oraz list, który w przypadku, jeśli dokonam wyboru zgodnego z jego wolą, zapewnia mi sto pięćdziesiąt tysięcy liwrów dochodu, począwszy od dnia ślubu. Jest to, jak mi się zdaje, mniej więcej czwarta część majątku mojego ojca.

— Ja zawsze miałem zamiar — rzekł Danglars — dać mojej córce w posagu pięćset tysięcy franków, zresztą jest ona moją jedyną spadkobierczynią.

— Widzi pan więc — rzekł Andrea — że wszystko układa się jak najlepiej, zakładając, że pani baronowa i panna Eugenia nie odrzucą mojej oferty. W takim razie będziemy mieli sto siedemdziesiąt pięć tysięcy liwrów rocznego dochodu. Przypuśćmy jeszcze jedno: że ojciec zgodzi się wypłacić mi zamiast rocznego dochodu kapitał; nie będzie to łatwe, dobrze wiem, ale może się uda, pan z pewnością lepiej obracałby tymi dwoma lub trzema milionami. Dwa, trzy miliony w rękach zręcznego człowieka mogą przynieść i dziesięć procent zysku na rok.

— Ja zawsze daję tylko cztery procent, a nawet trzy i pół — rzekł bankier — jednak mojemu zięciowi dałbym i pięć, a zyski byśmy dzielili.