— Wybornie, kochany teściu! — rzekł Cavalcanti, nie panując nad swoją, bądź co bądź, nieco prostacką naturą, która — wbrew wysiłkom, jakie czynił — od czasu do czasu dawała o sobie znać pomimo arystokratycznych manier, pod którymi chciał ją ukryć.

Po chwili jednak zreflektował się:

— Przepraszam, przepraszam najmocniej, drogi panie, sama nadzieja doprowadza mnie prawie do szaleństwa, a co dopiero, gdy się ziści?

— Jednak — rzekł Danglars, który nawet nie spostrzegł, kiedy ta bezinteresowna na początku konwersacja przerodziła się w rozmowę o interesach — istnieje z pewnością jeszcze jakaś część pańskiego majątku, której ojciec nie może panu odmówić?

— A to jaka? — zapytał młodzieniec.

— Majątek po pańskiej matce.

— A, naturalnie, majątek po mojej matce, Leonorze Corsinari.

— Ile on może wynosić?

— Przyznam się panu — rzekł Andrea — że nigdy się nad tym nie zastanawiałem, sądzę jednak, że musi wynosić co najmniej jakieś dwa miliony.

Danglars poczuł, jak radość zapiera mu dech w piersiach. Było to uczucie, jakiego doznaje skąpiec, gdy odnajduje zagubiony skarb, albo tonący, który zamiast wciągającej go otchłani, poczuje pod stopami ziemię.