Tymczasem włamywacz, nie słysząc już żadnych szmerów, podszedł znów do sekretarzyka i rozległ się zgrzyt wytrycha.

„Dobrze”, pomyślał hrabia, ufając z pewnością wymyślnemu zamkowi, który opierał się skutecznie włamywaczowi. „Świetnie, zajmie ci to parę minut”.

I podszedł do okna.

Człowiek, który wcześniej wdrapywał się na słupek, przechadzał się teraz po ulicy i co ciekawe, zamiast niepokoić się tym, że w każdej chwili ktoś może nadejść — czy to od strony Pól Elizejskich, czy to od Przedmieścia Saint-Honoré, pochłonięty był tylko tym, co działo się u hrabiego. Starał się za wszelką cenę dojrzeć, co działo się w gotowalni.

Monte Christo uderzył się nagle w czoło i usta zadrgały mu w uśmiechu.

Podszedł do Alego.

— Zostań tu — rzekł szeptem do służącego — ukryj się w cieniu. I cokolwiek byś słyszał, nie wychodź i nie pokazuj się, aż cię nie zawołam.

Ali skinął głową, że rozumie i będzie posłuszny.

Monte Christo wyjął z szufladki świecę i w chwili, kiedy złodziej szperał coraz niecierpliwiej w zamku, otwarł cicho drzwi, trzymając świecę tak, by jej światło padało mu wprost na twarz.

Drzwi otwarły się tak cicho, że złodziej nie dosłyszał najmniejszego szmeru.