Toteż wielkie było jego zdumienie, gdy w pokoju zabłysło światło.

Odwrócił się.

— A, dobry wieczór, kochany panie Caderousse! — rzekł Monte Christo. — Co pan tu u diabła robi o tej porze?

— Ksiądz Busoni! — krzyknął Caderousse.

I nie pojmując, skąd wzięło się to nagłe zjawisko — zważywszy, że pozamykał dokładnie za sobą drzwi — upuścił pęk wytrychów i znieruchomiał w osłupieniu.

Hrabia stanął pomiędzy nim a oknem, odcinając mu drogę ucieczki.

— Ksiądz Busoni! — powtórzył Caderousse z wytrzeszczonymi oczami.

— Tak, bez wątpienia, ksiądz Busoni we własnej osobie — podjął Monte Christo. — I bardzo jestem rad, że mnie pan od razu poznał, drogi panie Caderousse; dowodzi to, że obaj mamy dobrą pamięć, bo jeżeli się nie mylę, to już blisko dziesięć lat minęło od naszego ostatniego spotkania.

Ten spokój, ironia i pewność siebie tak przeraziły Caderousse’a, że aż zakręciło mu się w głowie.

— Ksiądz... ksiądz... — wyjąkał, zaciskając pięści i dzwoniąc zębami.