— Chcieliśmy więc okraść hrabiego de Monte Christo? — zagadnął rzekomy ksiądz.
— Księże dobrodzieju — bełkotał Caderousse, usiłując przesunąć się do okna, do którego dostęp zasłaniał mu hrabia. — Księże dobrodzieju, ja nie wiem... proszę, niech mi ksiądz uwierzy... przysięgam...
— Wycięta szyba — ciągnął Monte Christo — ślepa latarnia, pęk wytrychów, zamek do sekretarzyka prawie wyłamany; to chyba jasne?
Caderousse’a zaczęło dusić w gardle; wypatrywał już tylko mysiej dziury, w którą mógłby się wcisnąć i wymknąć stąd.
— No, no — rzekł hrabia. — Widzę, że nic się nie zmieniłeś, panie morderco.
— Księże dobrodzieju! Ksiądz przecież wie wszystko, to i na pewno ksiądz też wie, że to nie ja zrobiłem, ale Karkontka; przecież dowiodłem tego w procesie i dlatego skazano mnie tylko na galery.
— Czyli odsiedziałeś już karę, skoro spotykam cię w chwili, gdy robisz wszystko, by tam znowu wrócić?
— Nie odsiedziałem wszystkiego, księże dobrodzieju, zostałem przez kogoś uwolniony.
— Ten ktoś wyświadczył społeczeństwu ładną przysługę!
— Ach! — westchnął Caderousse. — Przyrzekłem uroczyście...