— Czyli złamałeś przysięgę, tak? — przerwał Monte Christo.

— No tak — rzekł Caderousse, mocno zaniepokojony.

— Szkaradna recydywa!... Jeśli się nie mylę, może to cię zawieść prosto na plac Gréve. Oj źle, bardzo źle, al diavolo, jak mawia się w moim kraju.

— Proszę księdza, zostałem w to wciągnięty...

— Tak mówią wszyscy zbrodniarze.

— Nędza...

— Dajże pan spokój — rzekł z pogardą Busoni. — Nędza może zmusić człowieka do pójścia na żebry, do kradzieży bochenka w piekarni, ale żeby włamywać się do sekretarzyka w pozornie opuszczonym domu? A kiedy jubiler Joannes odliczył ci czterdzieści pięć tysięcy franków za diament, który ci podarowałem, a ty go zabiłeś, żeby mieć i pieniądze, i diament, czy to też zrobiłeś z nędzy?

— Niech mi ksiądz przebaczy. Już raz mnie ksiądz ocalił, niech mnie ksiądz ocali po raz drugi.

— Niezbyt mam ochotę.

— Sam ksiądz dobrodziej jest? — zapytał Caderousse, składając ręce. — Czy są już na dole żandarmi, którzy czekają, aby mnie pojmać?