— Powiem, że dał ci plan tego domu, w nadziei, że hrabia cię zabije. Powiem, że uprzedził hrabiego, wysyłając mu list. Powiem, że ponieważ hrabiego nie było, to ja odebrałem list i czekałem tutaj na ciebie.
— Pójdzie za to na gilotynę, prawda? Czeka go szafot? Niech mi ksiądz da słowo, że tak będzie... — stękał Caderousse. — Z tą nadzieją umieram, lżej mi będzie konać...
— Powiem, że przyszedł za tobą, że przez cały czas na ciebie czatował, i jak tylko wyszedłeś, ukrył się za rogiem muru.
— Ksiądz widział to wszystko?
— Przypomnij sobie moje słowa: Jeśli wrócisz do domu cały i zdrowy to będzie znaczyło, że Bóg ci przebaczył, a wtedy i ja ci przebaczę.
— I nie ostrzegł mnie ksiądz? — zawołał Caderousse, usiłując podnieść się na łokciu. Wiedział ksiądz, że kiedy stąd wyjdę, zostanę zabity i nie uprzedził mnie o tym?
— Tak; bo uznałem Benedetta za narzędzie boskiej sprawiedliwości. Świętokradztwem byłoby sprzeciwienie się zamiarom Opatrzności.
— Boska sprawiedliwość! Niech ksiądz przestanie. Sam ksiądz najlepiej wie, że gdyby istniała boska sprawiedliwość, nie chodziłoby bezkarnie po świecie tylu łotrów.
— Cierpliwości — rzekł ksiądz takim tonem, że konający zadrżał. — Cierpliwości!
Caderousse spojrzał nań zdziwiony.