— Dwie krople więcej i już byś nie żył.

— O, niech już przyjdzie ktoś, przed kim będę mógł oskarżyć tego łajdaka...

— Jeśli chcesz, spiszę twoje zeznanie, a ty je podpiszesz.

— Dobrze... dobrze... — rzekł Caderousse i oczy rozbłysły mu na myśl o tej pośmiertnej zemście.

Monte Christo napisał:

Umieram zabity przez Korsykańczyka o imieniu Benedetto, mojego towarzysza z więzienia w Tulonie, który miał numer 59.

Następnie podał Caderousse’owi pióro. Ranny zebrał resztkę sił, podpisał, opadł znowu na łóżko i rzekł:

— Resztę ksiądz sam opowie; że występuje pod imieniem Andrea Cavalcanti, że mieszka w Hotelu Książęcym, że... Boże... Boże, umieram...

I Caderousse znowu zemdlał. Ksiądz zbliżył mu do nosa flakonik. Ranny znowu otworzył oczy. Pragnienie zemsty nie opuściło go nawet, gdy był nieprzytomny.

— Ksiądz powie im to wszystko, prawda?