— Twój kompan?
— Tak... Dał mi plan domu hrabiego w nadziei, że go zabiję, i że odziedziczy po nim majątek. Potem chciał zabić mnie, żeby się raz na zawsze ode mnie uwolnić. I dlatego czatował na ulicy, i mnie zamordował.
— Posłałem po lekarza i po prokuratora.
— Przyjdzie za późno, za późno... Czuję, jak cała krew ze mnie uchodzi.
— Poczekaj — rzekł Monte Christo.
Wyszedł i po pięciu minutach wrócił z jakimś flakonem. Zatrwożone oczy konającego nie odrywały się ani na chwilę od drzwi, przez które, jak instynktownie wyczuwał, miała nadejść pomoc.
— Prędzej, księże dobrodzieju, prędzej!... Czuję, że znowu tracę przytomność.
Monte Christo podszedł i wlał w posiniałe usta rannego kilka kropel płynu z flaszeczki.
Caderousse westchnął.
— Ach, ojcze!... Życie we mnie wlewasz! Jeszcze, jeszcze...