Cały dzień upłynął na rozmaitych rozrywkach, w których wynajdywaniu hrabia Monte Christo był wprost niezrównany. Ustrzelili w parku dwanaście bażantów, złowili w strumykach tyle samo pstrągów, obiad zjedli w altanie z widokiem na morze, a herbatę wypili w bibliotece.

Trzeciego dnia wieczorem Albert zasnął w fotelu przy oknie, wyczerpany nieco takim trybem życia, które dla Monte Christa wydawało się fraszką. Hrabia tymczasem opracowywał z architektem plan oranżerii, którą chciał tu postawić. Nagle młodzieniec obudził się, wyrwany ze snu przez tętent konia galopującego po kamiennym gościńcu. Wyjrzał przez okno i ze zdziwieniem, a zarazem z niepokojem stwierdził, że był to jego lokaj, którego nie wziął ze sobą, żeby nie sprawiać hrabiemu kłopotu.

— Florentin tutaj? — zawołał, zrywając się z krzesła. — Czyżby moja matka zachorowała?

I rzucił się do drzwi.

Monte Christo odprowadził go spojrzeniem. Albert zbliżył się do zasapanego jeszcze lokaja, który wyjął z kieszeni jakiś pakiecik i wręczył go Albertowi.

W pakiecie była gazeta i list.

— Od kogo ten list? — zapytał żywo Albert.

— Od pana Beauchamp — odpowiedział Florentin.

— To Beauchamp cię tu przysyła?

— Tak, proszę jaśnie pana.