Zimny dreszcz przebiegł Alberta. Rozpieczętował list.
A przeczytawszy pierwszą linijkę, krzyknął i drżącymi rękoma porwał za gazetę.
Nagle zrobiło mu się ciemno przed oczami, zachwiał się i gdyby nie służący, który go podtrzymał, upadłby na ziemię.
— Biedny chłopak — szepnął Monte Christo tak cicho, że sam nie usłyszał nawet tych pełnych współczucia słów. — A powiedziano, że za winy ojców ich dzieci będą cierpieć aż do czwartego pokolenia.
Albert tymczasem odzyskał siły. Przeczytał list do końca, mierzwiąc ręką spocone włosy, po czym, mnąc w dłoni list i gazetę, rzekł:
— Florentin, czy twój koń mógłby odbyć jeszcze drogę powrotną do Paryża?
— E, to nędzna pocztowa szkapa.
— Boże! A jaka atmosfera panowała w domu, kiedy wyjeżdżałeś?
— Było dosyć spokojnie. Ale kiedy wróciłem od pana Beauchamp, zastałem panią we łzach. Spytała mnie, czy nie wiem, kiedy pan wróci. Powiedziałem, że właśnie jadę po jaśnie pana z rozkazu pana Beauchamp. W pierwszym odruchu wyciągnęła rękę, jakby mnie chciała zatrzymać, ale po chwili namysłu rzekła: „Dobrze, jedź natychmiast i powiedz, żeby wracał”.
— Tak, mamo, wracam. — rzekł Albert. — Wracam natychmiast, bądź spokojna i biada tej kanalii... Ale przede wszystkim muszę wyjechać.