„Panie hrabio, powiedział pan nam przed chwilą, że wezyr Janiny oddał panu pod opiekę swoją żonę i córkę?”.

„Tak. Pech jednak prześladował mnie we wszystkim zarówno tam, jak i tutaj. Kiedy wróciłem, Vasiliki i jej córka Hayde gdzieś zaginęły”.

„Znał je pan?”.

„Widywałem je dosyć często, bo łączyły mnie z paszą ścisłe stosunki. W nagrodę za wierność darzył mnie on najwyższym zaufaniem”.

„Wiesz pan może albo się domyślasz, co mogło się z nimi stać?”.

„Owszem, wiem. Mówiono mi, że umarły ze zgryzoty, a może i nędzy. Nie byłem bogaty, wiodłem życie pełne niebezpieczeństw i mimo największego żalu nie mogłem wyruszyć na poszukiwania ich”.

Prezydent zmarszczył lekko brwi.

„Panowie — rzekł. — Wysłuchaliście obrony pana hrabiego de Morcerf. Panie hrabio, czy mógłby pan na poparcie swoich wyjaśnień przedstawić jakiegoś świadka?”.

„Niestety, ale nie mogę. Wszyscy, co otaczali wezyra i znali mnie tam, poumierali albo rozproszyli się po świecie. Jako jedyny z moich rodaków, tak mi się przynajmniej zdaje, przeżyłem tę straszliwą rzeź. Mam tylko listy Alego Tebelina, które panom przedstawiłem; i mam pierścień, który otrzymałem w dowód przyjaźni — oto i on. Mam wreszcie najbardziej przekonywający dowód, jaki mogę przedstawić; jest nim fakt, że mój oskarżyciel i samo oskarżenie są anonimowe i nie pojawił się tu nikt, kto zaprzeczyłby moim słowom. Słowom uczciwego człowieka i wojskowego wiernego żołnierskim zasadom”.

Przez całe zgromadzenie przebiegł szmer aprobaty. Gdyby w tej chwili nic się nie wydarzyło, twój ojciec, Albercie, wygrałby sprawę.