— Hayde.

— Skąd wiesz?

— Niestety, odgadłem! Ale proszę cię, Beauchamp, mów dalej. Widzisz, że jestem spokojny i trzymam się jakoś, a koniec opowieści chyba już blisko.

— Pan de Morcerf — podjął Beauchamp — przypatrywał się kobiecie zdziwiony i przerażony zarazem. Z tych zachwycających ust miał paść wyrok, skazujący go na śmierć lub przywracający mu życie. Dla wszystkich zresztą było to wydarzenie tak dziwne i zaskakujące, że zbawienie czy zguba pana de Morcerf przestały na chwilę obchodzić kogokolwiek.

Prezydent wskazał damie krzesło; ona jednak potrząsnęła głową, dając do zrozumienia, że chce stać.

Hrabia osunął się na fotel. Najwidoczniej nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

„Napisała pani do komisji — rzekł prezydent — że może udzielić informacji dotyczących wydarzeń w Janinie. Twierdzi pani, że była pani ich naocznym świadkiem”.

„Rzeczywiście, byłam ich świadkiem” — odpowiedziała nieznajoma głosem pełnym urzekającego smutku. Głos ów brzmiał w charakterystyczny, dźwięczny sposób, właściwy ludziom Wschodu.

„Aczkolwiek — dodał prezydent — pozwolę sobie zauważyć, że musiała być pani wtedy bardzo młodziutka”.

„Miałam cztery lata; ale że wypadki te były dla mnie szczególnie ważne, zachowałam w pamięci każdy najdrobniejszy szczegół”.