„Tak, panie prezydencie”.
„I któż to jest?”
„Jakaś dama ze służącym”.
Wszyscy spojrzeli po sobie.
„Proszę wprowadzić tę damę” — rzekł prezydent.
Po pięciu minutach woźny wrócił. Oczy wszystkich zwróciły się w kierunku drzwi. Mnie także — mówił Beauchamp — udzielił się ten powszechny nastrój oczekiwania, przesycony niepokojem.
Za woźnym weszła kobieta otulona od stóp do głów wielkim szalem. Kształty, jakie rysowały się pod szalem i zapach perfum zdradzały, że jest to kobieta młoda i elegancka.
Prezydent poprosił nieznajomą, aby odsłoniła twarz i ujrzeliśmy, że ubrana była na wzór grecki; jej niezwykła uroda aż olśniewała.
— Ach! To ona! — szepnął Albert.
— Jaka znowu ona?