Każde słowo raziło Morcerfa niczym ostrze miecza; stopniowo tracił resztki sił. Mimo woli cofnął gwałtownie prawą rękę, na której miał bliznę, wsunął ją za frak i opadł na fotel, poddając się ponurej desperacji.
Na sali zapanowało ogromne wzburzenie — jakby to powiał północny wiatr i zakręcił w gwałtownym podmuchu zeschłymi liśćmi.
„Panie de Morcerf — rzekł prezydent. — Niech pan podejmie walkę, niech pan odpowie: nasza sprawiedliwość jest taka jak sprawiedliwość boska — nie zna różnic między ludźmi; nie pozwoli zatriumfować pana nieprzyjaciołom, nie dając panu możliwości obrony. Chce pan, byśmy zarządzili nowe śledztwo? A może mam wysłać dwóch członków Izby do Janiny? Niech pan odpowie”.
Morcerf milczał.
Członkowie komisji spojrzeli po sobie ze zgrozą. Znali energiczny i gwałtowny charakter hrabiego. Trzeba było naprawdę wyjątkowej siły, aby unicestwić wolę walki u tego człowieka. Spodziewali się, że po tym milczeniu, podobnym do chwilowego uśpienia nastąpi wybuch przypominający uderzenie piorunu.
„Więc jak? — zapytał prezydent. — Co pan postanowił?”
„Nic” — odpowiedział głucho hrabia de Morcerf powstając.
„Czyżby córka Ali Tebelina — zapytał prezydent — mówiła prawdę? Czyżby rzeczywiście była jednym z tych straszliwych świadków, których zeznaniom winowajca nie śmie zaprzeczyć? Naprawdę uczynił pan to wszystko?”.
Hrabia rozejrzał się wokół z taką rozpaczą, że wzruszyłby nim dziką bestię — ale nie mógł tym poruszyć sędziów.
Wzniósł oczy w górę, ale spuścił je natychmiast, jakby z obawy, że się rozstąpi sklepienie i zajaśnieje w nim inny, niebiański trybunał z sędzią najwyższym — Bogiem.