— Na ile kroków?

— Na dwadzieścia.

Straszliwy uśmiech przemknął przez usta hrabiego.

— I dlatego liczę tylko na to, że Alberta ocali pańskie dobre serce, albo też pańska wspaniałomyślność, drogi przyjacielu. Wiedząc, jak pan strzela, mogę panu powiedzieć coś, czego nie mógłbym powiedzieć komu innemu, bo byłoby to śmieszne.

— Cóż takiego?

— Niech mu pan roztrzaska rękę, niech go pan zrani, ale niech go pan nie zabija.

— Posłuchaj mnie, Maksymilianie, nie trzeba mnie namawiać, abym oszczędzał pana de Morcerf. Z miejsca oświadczam panu, że pan de Morcerf będzie tak oszczędzany, że wróci jak najspokojniej do domu z przyjaciółmi, a mnie...

— A pana?

— A mnie odniosą.

— Ale cóż znowu! — krzyknął Maksymilian, tracąc panowanie nad sobą.