Monte Christo wziął pistolety, które trzymał, gdy weszła Mercedes, przymocował do ściany asa treflowego i czterema strzałami trafił po kolei wszystkie cztery listki.
Po każdym wystrzale Morrel bladł coraz bardziej. Obejrzał kule, którymi Monte Christo dokazał tych cudów zręczności i przekonał się, że były wielkości śrutu na sarny.
— To przerażające — rzekł. — Popatrz no, Emanuelu.
A zwracając się do Monte Christa, dodał:
— Hrabio, na litość, nie zabijaj Alberta! Ten nieszczęśnik ma matkę!
— To prawda. A ja nie mam matki...
Słowa te wyrzekł takim tonem, że Morrel aż zadrżał.
— Pan został obrażony. To znaczy, że strzelasz pan pierwszy.
— Ja strzelam pierwszy?
— O, uzyskałem to, albo raczej wymogłem. Zrobiliśmy i tak dosyć ustępstw, nie mogli nam tego odmówić.