— Panowie macie zapewne ze sobą pistolety? — upewnił się Morrel. — Pan de Monte Christo oświadczył, że zrzeka się prawa do użycia swojej broni.
— Przewidzieliśmy tę delikatność ze strony hrabiego — odpowiedział Beauchamp. — Przywiozłem pistolety, które kupiłem niedawno, sądząc, że mogą mi się przydać w podobnej sprawie. Są całkiem nowe, nikt z nich jeszcze nie korzystał. Chce pan je obejrzeć?
— O, skoro mówisz pan — rzekł z ukłonem Morrel — że pan de Morcerf nie zna jeszcze tej broni, to przecież pańskie słowo mi wystarczy.
— Panowie — odezwał się Château-Renaud. — To nie Morcerf przyjechał, ale, do diabła! Franz i Debray.
Wyżej wymienieni podeszli.
— Wy tutaj? — rzekł Château-Renaud, ściskając im dłonie. — A co to za przypadek?
— Albert prosił nas, abyśmy się stawili na miejsce spotkania — wyjaśnił Debray.
Beauchamp i Château-Renaud spojrzeli po sobie zdziwieni.
— Panowie, chyba rozumiem — rzekł Morrel. — Wczoraj po południu odebrałem list od pana de Morcerf, abym przyszedł do Opery.
— I ja też — powiedział Debray.