— I owszem — odparł Monte Christo. — I właśnie dlatego chciałbym mieć pana zawsze przy sobie.
— To było niepojęte! — rzucił ni stąd ni zowąd Morrel, kończąc jakąś swoją myśl.
— Tak — odpowiedział hrabia z uśmiechem. — Dobrze pan powiedziałeś: to niepojęte.
— Bo przecież Albertowi nie brakuje odwagi.
— O, jest bardzo odważny. Widziałem kiedyś, jak spał najspokojniej, gdy nad jego głową chyliły się sztylety.
— A ja wiem, że pojedynkował się dwa razy i to bardzo dzielnie — rzekł Morrel. — Jak to pogodzić z jego dzisiejszym zachowaniem?!
— To znowu twój wpływ — uśmiechnął się raz jeszcze Monte Christo.
— Ale Albert ma szczęście, że nie jest żołnierzem.
— A to czemu?
— Przepraszać przed pojedynkiem... — rzekł kapitan, wstrząsając głową.