Na rogatce du Trône spotkali Bertuccia; czekał tam nieruchomy jak szyldwach na warcie.

Monte Christo wychylił głowę z powozu, rozmówił się z nim szeptem i intendent znikł.

— Panie hrabio — rzekł Emanuel, gdy dojechali do Placu Królewskiego — proszę mnie podwieźć pod dom, jeśli łaska — nie chciałbym, aby żona niepokoiła się choćby chwilę dłużej o pana lub o mnie.

— Gdyby nie było śmiesznie rozgłaszać własny triumf — dodał Morrel — zaprosiłbym pana do nas; ale pan hrabia ma też na pewno serca, które drżą o niego i które musi uspokoić. To już tutaj, Emanuelu, pożegnajmy pana hrabiego i pozwólmy, niech jedzie dalej.

— Chwileczkę — przerwał Monte Christo. — Niech mnie panowie nie pozbawiają tak od razu dwóch towarzyszy; pan, Emanuelu, niech idzie do swojej uroczej żony i przekaże jej moje pozdrowienia, a pan kapitan niech mnie odwiezie na Pola Elizejskie.

— Chętnie — zgodził się Maksymilian — tym bardziej że mam tam coś do załatwienia.

— Mamy czekać na ciebie ze śniadaniem? — zapytał Emanuel.

— Nie.

Zatrzaśnięto drzwiczki i powóz ruszył w dalszą drogę.

— Widzi pan, przyniosłem panu szczęście — odezwał się Morrel. — Zapewne pan nawet o tym nie pomyślał?