— I nic mi o tym nie powiedziałeś, Maksymilianie? — zapytał hrabia tak żywo, że widać było wyraźnie, jak bardzo zainteresowała go ta tajemnica.

— Przecież powiedziałem dziś rano panu hrabiemu, że mam zajęte serce.

Zamiast odpowiedzieć Monte Christo wyciągnął rękę do młodzieńca.

— No i odkąd moje serce nie jest przy panu w lasku Vincennes, jest gdzie indziej; i muszę tam pójść, żeby je odnaleźć.

— Idź więc, drogi przyjacielu — rzekł z namysłem hrabia — ale proszę, jeżeli miałbyś jakieś kłopoty, pamiętaj, że dysponuję na tym świecie pewną władzą — i cieszę się, gdy mogę pomóc tym, których bardzo lubię, a pana, Maksymilianie, naprawdę bardzo lubię.

— Dobrze, przypomnę sobie o tym, jak samolubne dzieci przypominają sobie o rodzicach, kiedy ich potrzebują. Kiedy będę w potrzebie, a być może nastąpi to już wkrótce, zwrócę się do pana.

— Trzymam pana za słowo. A zatem — bądź zdrów.

— Do widzenia.

Właśnie zajechali przed pałac na Polach Elizejskich. Monte Christo otworzył drzwiczki; Morrel wyskoczył z powozu.

Na ganku czekał już Bertuccio.