Morrel zniknął w alei Marigny, a Monte Christo skierował się prosto do Bertuccia.
— No i jak? — zapytał.
— No cóż — odpowiedział intendent — opuszcza dom.
— A syn?
— Jak mi mówił Florentin, jego lokaj, ma taki sam zamiar.
— Chodź ze mną.
Monte Christo zabrał Bertuccia do gabinetu, napisał list, któryśmy już czytali i oddał go intendentowi.
— Idź pan — rzekł — zrób to szybko. O, ale powiedz najpierw Hayde, że wróciłem.
— Jestem tu — zawołała dziewczyna, która zeszła zaraz na turkot powozu; twarz jaśniała jej radością — hrabia był zdrów i cały.
Hayde czekała na hrabiego z niecierpliwością — a teraz przeżywała radość, taką jak córka, która znów ogląda ukochanego ojca, rozkosz taką, jak kochanka, gdy znów ujrzy swojego najdroższego. Choć hrabia nie okazywał otwarcie radości, cieszył się nie mniej niż Hayde. Radość dla serc, co długo cierpiały, podobna jest do rosy spadającej na ziemię spaloną słońcem. Serce i ziemia chłoną chciwie ten dobroczynny deszcz — i na powierzchni nie zostaje żaden ślad. Od kilku dni Monte Christo zaczynał pojmować, a długo nie śmiał w to wierzyć — że na świecie są dwie Mercedes, a to znaczy, że może jeszcze poznać szczęście. Wpatrywał się oczyma błyszczącymi szczęściem w wilgotne oczy Hayde, gdy nagle otwarły się drzwi. Hrabia zmarszczył brwi.