— Pan de Morcerf! — oznajmił Baptysta, jakby samo to nazwisko było dostatecznym usprawiedliwieniem.
Rzeczywiście, twarz hrabiego rozpogodziła się.
— Który? Ojciec czy syn?
— Ojciec.
— O mój Boże! — zawołała Hayde. — To się jeszcze nie skończyło?
— Nie wiem, czy się skończyło, moja kochana — rzekł Monte Christo, biorąc ją za ręce — ale wiem, że nie masz się czego obawiać.
— O, ale to przecież nędznik...
— Ten człowiek nic nie może mi zrobić. Należało się lękać tylko wtedy, gdy miałem do czynienia z jego synem.
— I tego, co wycierpiałam, nigdy się nie dowiesz, panie mój.
Monte Christo uśmiechnął się.