— Przysięgam ci na grób mojego ojca — rzekł, wyciągając rękę nad głową dziewczyny — że jeśli spotka kogoś nieszczęście, na pewno nie zdarzy się mnie.

— Panie mój, wierzę ci jak samemu Bogu — rzekła dziewczyna, podając mu czoło do pocałunku.

Monte Christo złożył pocałunek na tym czole, tak czystym i pięknym, a od tego pocałunku zabiły dwa serca — jedno gwałtownie, drugie głucho.

— Boże! — wyszeptał hrabia. — Czyżbyś pozwolił, abym mógł jeszcze kochać?...

— Wprowadź pana hrabiego do salonu — rzekł do Baptysty, odprowadzając piękną Greczynkę do bocznych schodów.

Winniśmy choć w kilku słowach wyjaśnić te odwiedziny, których Monte Christo być może się spodziewał, ale nasi czytelnicy z pewnością nie.

Gdy Mercedes spisywała u siebie inwentarz rzeczy, a Albert robił to u siebie, gdy układała biżuterię, zamykała szuflady, wiązała klucze, aby wszystko zostawić w jak najlepszym porządku, nie zauważyła, że jakaś blada, ponura twarz pojawiła się w oszklonych drzwiach wychodzących na korytarz. Stamtąd można było nie tylko widzieć, ale i słyszeć. Ten, co tak patrzył, widział więc i słyszał wszystko, co działo się u pani de Morcerf.

Następnie mężczyzna poszedł pobladły do swojej sypialni, chwycił kurczowo firankę w oknie wychodzącym na dziedziniec i podniósł ją.

Stał tak przez dziesięć minut, bez ruchu, niemy, przysłuchując się biciu własnego serca.

Dziesięć minut to bardzo długo.