Pan de Morcerf sam otworzył sobie drzwiczki i chociaż powóz jeszcze się nie zatrzymał, wyskoczył w biegu jak młodzieniaszek, zadzwonił i zniknął za drzwiami wraz ze służącym.

Po chwili Baptysta zaanonsował hrabiego de Morcerf; Monte Christo odprowadził Hayde i nakazał wprowadzić hrabiego do salonu.

Generał przemierzał salon wzdłuż i wszerz już po raz trzeci, gdy odwróciwszy się, ujrzał na progu Monte Christa.

— A, pan de Morcerf! — rzekł spokojnie Monte Christo. — Myślałem, że źle usłyszałem.

— Tak, to ja, we własnej osobie — odrzekł hrabia, zaciskając usta tak mocno, że słowa ledwo mogły się z nich wydobyć.

— Pozostaje mi więc tylko zapytać — rzekł Monte Christo — czemu zawdzięczam przyjemność oglądania pana o tak wczesnej porze?

— Miałeś pan dziś rano pojedynkować się z moim synem, prawda? — spytał generał. — Wiem też, że mój syn miał słuszne powody, aby się z panem bić i zrobić wszystko, co tylko można, aby pana zabić.

— O tak, miał bardzo słuszne powody! Ale jednak, jak pan widzi, nie zabił mnie, a nawet nie zaczęliśmy się bić.

— A przecież uważał pana za główną przyczynę hańby swojego ojca, za tego, który doprowadził naszą rodzinę do straszliwej katastrofy.

— Wszystko to prawda — rzekł Monte Christo z przerażającym spokojem. — Ale nie byłem główną przyczyną katastrofy, tylko podrzędną.