Po drodze świeże powietrze i wstyd, jaki odczuwał pod bacznymi spojrzeniami służących pozwoliły mu nieco zebrać myśli; ale trasa była krótka i w miarę, jak zbliżali się do domu czuł, jak powraca cierpienie. Kazał stanąć nieco przed domem i wysiadł.
Brama na dziedziniec była otwarta na oścież. Na dziedzińcu stała dorożka. Fiakier nie mógł zrozumieć, czemu wezwano go do tak znakomitej siedziby.
Hrabia spojrzał z przestrachem na dorożkarza, ale nie odważył się go pytać o cokolwiek, pospieszył do swoich apartamentów. Dwie osoby schodziły ze schodów; ledwo zdążył ukryć się w gotowalni. Była to Mercedes, wsparta o ramię syna. Właśnie opuszczali pałac. Przeszli o włos obok nieszczęśnika, ukrytego za adamaszkową kotarą; jedwabna suknia Mercedes niemal go musnęła; poczuł na twarzy ciepły oddech syna, gdy Albert powiedział:
— Odwagi, mamo! Chodź, chodź, nie jesteśmy już tutaj u siebie.
Słowa ucichły, kroki oddaliły się. Generał wyprostował się, uczepiwszy się kurczowo kotary. Tłumił straszliwy szloch — szloch człowieka opuszczanego jednocześnie przez żonę i syna.
Wkrótce usłyszał trzaśnięcie blaszanych drzwiczek dorożki, głos dorożkarza, a gdy koła ciężkiego powozu zaturkotały na bruku, zadrżały szyby. Rzucił się do sypialni, aby ujrzeć raz jeszcze dwie istoty, jakie ukochał w życiu; ale dorożka odjechała i nie wychyliła się z niej ani Mercedes, ani Albert nie wystawił z niej głowy, aby pożegnać opustoszały dom i opuszczanego męża i ojca ostatnim spojrzeniem — spojrzeniem wyrażającym żal, a więc i przebaczenie.
I gdy dorożka zadudniła, przejeżdżając pod sklepieniem bramy, rozległ się strzał i ciemny dym wypłynął smużką przez okno sypialni, rozbite pod wpływem eksplozji.
92. Valentine
Domyślamy się, gdzie Morrel miał załatwiać owe interesy i z kim miał się spotkać.
Rozstawszy się z hrabią skierował się wolno ku domostwu Villefortów.