Powiadamy: wolno — miał bowiem pół godziny, aby przejść pięćset kroków. Ale choć miał tyle czasu, pragnął pożegnać hrabiego jak najprędzej, by móc pozostać sam na sam z myślami.

Wiedział dobrze, o której ma być na miejscu: była to godzina, o której pan Noirtier jadał śniadanie. Valentine pomagała wtedy dziadkowi i było pewne, że nikt nie przeszkodzi jej w tym zbożnym obowiązku.

Noirtier i Valentine pozwolili mu na odwiedziny dwa razy w tygodniu i szedł właśnie, by skorzystać ze swojego prawa.

Gdy przyszedł, Valentine już na niego czekała. Zaniepokojona, niemal przerażona, chwyciła go za rękę i zaprowadziła do dziadka.

Niepokoiła się tak bardzo, gdyż plotka o awanturze, jaką urządził w Operze Albert, zdążyła się już rozejść (w wielkim świecie wszyscy o wszystkim wiedzą).

U Villefortów nikt nie wątpił, że konsekwencją tej kłótni będzie pojedynek. Valentine odgadła swoim kobiecym instynktem, że Morrel będzie sekundantem hrabiego, a znając odwagę Maksymiliana i wiedząc o przyjaźni, jaką darzył hrabiego, lękała się, że nie zdoła ograniczyć się do biernej roli sekundanta.

Rozumiemy więc, jak chciwie wypytywała o szczegóły i słuchała opowieści ukochanego. W jej oczach Maksymilian mógł wyczytać niewymowną radość, gdy dowiedziała się, że owa straszliwa sprawa zakończyła się równie szczęśliwie, co nieoczekiwanie.

— A teraz — rzekła Valentine dając znak Maksymilianowi, by usiadł obok pana Noirtier i siadając na podnóżku — porozmawiajmy trochę o naszych sprawach. Wiesz, że dziadek chciał kiedyś wyprowadzić się z domu i zamieszkać gdzie indziej?

— Tak, oczywiście — odparł Maksymilian — pamiętam te plany i nawet im przyklasnąłem.

— A więc klaskaj, Maksymilianie, bo dziadunio wrócił do tych planów.