— Brawo! — zawołał Maksymilian.
— A wiesz, jaką podaje przyczynę tych zamiarów?
Noirtier spoglądał na wnuczkę, chcąc nakazać jej milczenie, ale Valentine nie patrzyła na dziadka; jej spojrzenie, uśmiech — wszystko było dla Maksymiliana.
— O, jakąkolwiek przyczynę podaje, oświadczam, że ma rację! — wykrzyknął Morrel.
— I to jaką. Twierdzi, że nie służy mi powietrze naszej dzielnicy.
— O tak... Słuchaj, Valentine, pan Noirtier może mieć rację: wydaje mi się, że od dwóch tygodni coś ci dolega, i to coraz bardziej.
— Hm, chyba tak. I dlatego dziadek ustanowił się moim lekarzem, a ponieważ wie wszystko, ufam mu jak nikomu.
— To ty naprawdę źle się czujesz? — zapytał z niepokojem Morrel.
— Oj, Boże, trudno to tak nazwać. Jestem ogólnie osłabiona i to wszystko. Nie mam apetytu i wydaje mi się, jakby mój żołądek z czymś walczył.
Noirtier przysłuchiwał się uważnie słowom Valentine.