— A co zażywasz na to osłabienie?

— To bardzo proste: codziennie rano wypijam łyżkę mikstury, którą przynoszą z apteki dla dziadka, to znaczy zaczęłam od jednej łyżki, a teraz piję już cztery. Dziadek twierdzi, że to panaceum.

Valentine uśmiechała się; ale w uśmiechu krył się jakiś smutek, jakieś cierpienie.

Maksymilian, upojony miłością, patrzył na nią w milczeniu. Była piękna jak zawsze, ale jej blada cera zmatowiała, oczy błyszczały gorączkowym blaskiem, dłonie o perłowym odcieniu skóry stały się żółtawe jak z wosku.

Maksymilian przeniósł spojrzenie na pana Noirtier. Starzec obserwował swoim przedziwnie bystrym wzrokiem dziewczynę, pochłoniętą w tej chwili przez swoją miłość; on także przyglądał się śladom owej skrytej choroby, tak mało zresztą widocznym, że nikt ich nie dostrzegł do tej pory poza dziadkiem i ukochanym.

— Ale ta mikstura — odezwał się Morrel — jest przecież przepisana panu Noirtier, a ty zażywasz już cztery łyżki?

— Wiem tylko, że jest bardzo gorzka, tak gorzka, że wszystko, co piję, smakuje mi gorzko.

Noirtier spojrzał na Valentine pytająco.

— Tak, dziadziu, właśnie tak. Chwilkę temu, zanim do ciebie przyszłam, napiłam się wody z cukrem. I cóż, zostawiłam pół szklanki, taka mi się wydała gorzka.

Noirtier zbladł i dał znak, że chce coś powiedzieć.