Valentine podniosła się, żeby przynieść słownik.

Noirtier śledził ją wzrokiem wyraźnie pełnym niepokoju.

Rzeczywiście — krew uderzyła dziewczynie do głowy, pokrywając policzki rumieńcem.

— No, no, coś takiego! — zawołała, nie tracąc pogody. — Ćmi mi się w oczach! Chyba oślepiło mnie słońce...

I uchwyciła się klamki u okna.

— Nie ma dziś słońca — rzekł Morrel, zaniepokojony bardziej wyrazem twarzy starca niż zasłabnięciem Valentine.

I podbiegł do dziewczyny. Valentine uśmiechnęła się.

— Nie martw się, dziadziu, nie martw się, Maksymilianie. To nic, już mi przeszło. Ale słuchajcie! Chyba słychać jakiś powóz na dziedzińcu?

Otwarła drzwi, wybiegła na korytarz, a wyjrzawszy przez okno wróciła natychmiast.

— Tak, to pani Danglars z córką, przyjechały w odwiedziny. Do widzenia, muszę uciekać, bo jeszcze po mnie tu przyślą. Ale zostań z dziadkiem, Maksymilianie, obiecuję, że nie będę ich zatrzymywać.