I powoli zapytał:
— A więc kto z kolei umrze u pana? Jaka nowa ofiara oskarży nas o słabość przed Bogiem?
Z piersi Villeforta wyrwał się szloch. Przysunął się do lekarza i ścisnął go za ramię:
— Valentine! Kolej na Valentine.
— Pańska córka! — wykrzyknął zdumiony i zdjęty przerażeniem d’Avrigny.
— Widzisz pan, myliłeś się — wyszeptał prokurator. — Przyjdź do mnie i proś konającą o przebaczenie za te podejrzenia.
— Za każdym razem, gdy mnie pan wzywałeś, było za późno. Nieważne, idę. Ale spieszmy się, przy takim wrogu, jaki działa w pańskim domu, nie ma czasu do stracenia.
— O, tym razem, doktorze, nie będzie mi już pan wyrzucał słabości. Tym razem odnajdę mordercę i zmiażdżę go.
— Najpierw spróbujmy uratować Valentine, potem pomyślimy o zemście. Chodźmy.
Kabriolet uwiózł Villeforta i d’Avrigny’ego do domu, a w tej samej chwili Morrel pukał do drzwi Monte Christa.