Hrabia był w gabinecie i czytał, mocno zatroskany, list, który otrzymał od Bertuccia. Gdy zaanonsowano Morrela, z którym rozstał się zaledwie dwie godziny wcześniej, uniósł głowę. Również u Morrela musiały zajść jakieś nowe okoliczności, skoro młody człowiek, który żegnał go dwie godziny temu z uśmiechem na ustach, powracał teraz tak wstrząśnięty.

Hrabia wstał i podbiegł do Maksymiliana.

— Co się stało, Maksymilianie? — zapytał. — Jesteś pan blady, spływa z ciebie pot.

Morrel osunął się na fotel.

— Tak, biegłem tutaj — odparł. — Muszę z panem pomówić.

— Czy pańska rodzina ma się dobrze? — spytał hrabia ze szczerą życzliwością.

— Tak, dziękuję — rzekł młody człowiek, wyraźnie zakłopotany; nie wiedział, od czego ma zacząć. — Wszyscy zdrowi.

— To dobrze. Ale chcesz mi pan o czymś powiedzieć? — podjął hrabia, coraz bardziej zaniepokojony.

— Tak. Wyszedłem z domu, do którego zawitała śmierć, i pobiegłem do pana.

— Czyżby od państwa de Morcerf?