— Nie. Ktoś tam umarł?

— Generał strzelił sobie w łeb.

— Ach, co za okropne nieszczęście! — wykrzyknął Maksymilian.

— No, ale nie dla hrabiny ani nie dla Alberta. Lepiej, gdy ojciec i mąż umiera, niż gdyby miał żyć z piętnem hańby. Krew je zmywa.

— Biedna hrabina! To jej mi żal przede wszystkim, taka szlachetna kobieta!

— Żałuj też i Alberta, uwierz mi, to godny syn swojej matki. Ale wróćmy do ciebie. Przybiegłeś do mnie — czyżby spotkało mnie to szczęście, że mnie potrzebujesz?

— O tak, potrzebuję, to znaczy pomyślałem jak szalony, że może zdołałby mi pan pomóc w sprawie, w której pomóc może tylko Bóg.

— Mimo to powiedz, o co chodzi.

— O, sam nie wiem, czy wolno mi wyjawić komuś taką tajemnicę, ale los, konieczność mnie do tego zmusza...

Morrel zawahał się.