Monte Christo podniósł głowę i tym razem był pogodny jak budzące się dziecko.
— Maksymilianie — rzekł — wracaj spokojnie do siebie. Masz się stamtąd nie ruszać, nie podejmować żadnych kroków, nie pokazywać po sobie ani cienia rozpaczy. Dam ci znać. Idź już.
— Boże, Boże — rzekł Morrel — przeraża mnie pan tą swoją zimną krwią. A więc jest pan w stanie walczyć ze śmiercią? Jesteś czymś więcej jak człowiekiem? Jesteś aniołem? Jesteś Bogiem?
I młodzieniec, który nigdy nie cofał się przed niebezpieczeństwem, cofnął się przed hrabią, zdjęty niewypowiedzianą zgrozą. Ale Monte Christo spojrzał nań z uśmiechem pełnym takiej melancholii i łagodności, że Maksymilian poczuł łzy w oczach.
— Mogę wiele, przyjacielu — odparł hrabia. — Idź, muszę zostać sam.
Morrel, ulegając niezwykłemu wpływowi, jaki wywierał Monte Christo na swe otoczenie, nawet nie próbował się spod niego wyrwać. Uścisnął dłoń hrabiego i wyszedł.
Ale w drzwiach zatrzymał się, aby poczekać na Baptystę — Baptysta bowiem wybiegł właśnie zza rogu ulicy Matignon.
Tymczasem Villefort i d’Avrigny przyjechali na miejsce.
Valentine była wciąż nieprzytomna. Lekarz zbadał ją ze starannością, którą nakazywały okoliczności i tak wnikliwie, jak wskazywała znana mu tajemnica. Villefort zawiesił wzrok na jego ustach, czekając na diagnozę.
Noirtier, bledszy od wnuczki, czekał z jeszcze większą niecierpliwością, a oczy płonęły mu blaskiem pełnym inteligencji.