— To prawda — odpowiedział Villefort. — Ale przeczyta prośbę, którą ja zarekomenduję, zaadresuję i wyślę.
— I pan zająłby się tym?
— Z największą przyjemnością. Dantès mógł być wtedy winnym, ale dziś jest niewinny; moim zatem obowiązkiem jest zwrócić mu wolność, tak jak przedtem powinienem był go zamknąć w więzieniu.
W taki sposób Villefort zabezpieczał się przed niebezpieczeństwem — wprawdzie mało prawdopodobnym, ale możliwym — śledztwa, które zgubiłoby go całkowicie.
— Ale jak trzeba pisać takie podanie do ministra?
— Siadaj pan na moim miejscu, proszę, ja panu podyktuję. Nie mamy czasu, i tak już dosyć go straciliśmy.
— Prawda, pomyślmy tylko, że ten biedny chłopak czeka tam, cierpi i może rozpacza.
Villefort zadrżał na myśl o tym więźniu, który złorzeczy mu tam w ciszy i ciemności; ale zaszedł zbyt daleko, aby się cofnąć. Dantès musiał zostać zmiażdżony w trybach jego ambicji.
Villefort podyktował prośbę, w której uwydatnił przesadnie (z całą pewnością z najlepszych pobudek) patriotyzm Dantèsa i usługi wyświadczone sprawie bonapartystów. W tym podaniu Dantès stawał się jednym z najaktywniejszych zwolenników powrotu Napoleona. Było oczywiste, że wobec takiego dowodu minister załatwiłby rzecz sprawiedliwie, jeśli sprawiedliwości jeszcze nie stało się zadość.
Skończywszy dyktować, Villefort odczytał głośno petycję.