— Chce mi pan coś powiedzieć? — zapytał.
Starzec zamrugał gwałtownie oczyma; jak wiemy, tylko tak mógł potwierdzać czyjeś słowa.
— Tylko mnie?
— Tak.
— Dobrze, zostanę tu trochę z panem.
W tejże chwili wrócił Villefort, za nim weszła pokojówka — a za pokojówką pani de Villefort.
— Ale cóż to się stało naszej dziecince? — spytała. — Wyszła ode mnie, skarżyła się, że źle się czuje, ale nie sądziłam, że to coś poważnego
I młoda kobieta, ze łzami w oczach, czule jak rodzona matka utuliła rękę Valentine.
D’Avrigny patrzył ciągle na Noirtiera; starzec wytrzeszczył oczy, źrenice mu się rozszerzyły, policzki posiniały mu i zadrgały, pot wystąpił na czoło.
— A! — wyrwało mu się mimowolnie, gdy skierował wzrok w ślad za spojrzeniem Noirtiera — i ujrzał panią de Villefort, która właśnie w tej chwili mówiła: