— Biednemu dziecku będzie lepiej w łóżku. Fanny, chodź tu, położymy ją.

Pan d’Avrigny, który ujrzał w tej propozycji okazję, aby zostać sam na sam z Noirtierem, kiwnął głową na znak, że rzeczywiście tak będzie najlepiej. Zabronił jednak podawać jej cokolwiek do picia lub jedzenia prócz tego, co sam przepisze.

Wyniesiono Valentine, która właśnie odzyskała przytomność; nie mogła jednak ani mówić, ani się poruszać, tak była osłabiona wstrząsem, jakiego doznał jej organizm. Miała jednak tyle siły, aby pożegnać spojrzeniem dziadka, któremu wydało się, gdy ją wynosili, że mu wyrywają duszę.

D’Avrigny poszedł za chorą, wydał ostatnie rozporządzenia, kazał Villefortowi wsiąść do kabrioletu i pojechać do apteki, aby w jego obecności przygotowano lekarstwa; miał je przywieść osobiście i czekać na lekarza w pokoju córki. Powtórzył raz jeszcze zalecenie, aby nie pozwolono dziewczynie nic brać do ust, wrócił do Noirtiera, zamknął starannie drzwi, a upewniwszy się, że nikt nie słyszy, rzekł:

— Czy wiesz pan coś o tej chorobie wnuczki?

— Tak.

— Nie mamy czasu do stracenia; ja będę pytał, a pan będziesz odpowiadał.

Noirtier dał znak, że gotów jest odpowiadać.

— Przewidziałeś pan to, co się dziś przydarzyło pannie Valentine?

— Tak.