— I dokazał pan swego! — zawołał d’Avrigny. — Gdyby nie ta przezorność, Valentine już by nie żyła, zamordowana bez litości i wszelka pomoc byłaby daremna. Atak był gwałtowny, ale tylko nią wstrząsnął i osłabił; przynajmniej tym razem Valentine nie umrze.
Bezgraniczna radość zabłysła w oczach starca, wzniesionych ku niebu z wdzięcznością.
W tejże chwili wrócił Villefort.
— Proszę — rzekł do lekarza — mam lekarstwo, które pan zapisał.
— Przygotowano je w pańskiej obecności?
— Tak.
— I nie dawał go pan nikomu?
— Nie.
D’Avrigny wziął flakonik, nakapał sobie kilka kropel na rękę i skosztował.
— Dobrze — rzekł — chodźmy teraz do Valentine. Wydam wszystkim zalecenia, a pan ma dopilnować, aby nikt ich nie zaniedbywał.