— A więc wyświetliłam mniej więcej punkt drugi — rzekła Eugenia, bez najmniejszego zakłopotania, z ową męską pewnością siebie, która charakteryzowała każdy jej gest i słowo — i zdaje mi się, że zadowoliła ojca moja odpowiedź. A teraz wróćmy do punktu pierwszego. Pytał mnie ojciec, dlaczego chciałam z nim porozmawiać. Odpowiem krótko: ojcze, nie chcę poślubić pana Andrei Cavalcanti.
Danglars podskoczył na fotelu, wznosząc jednocześnie oczy i ramiona do nieba.
— Tak, ojcze — ciągnęła Eugenia tym samym spokojnym tonem. — Jesteś zdziwiony, jak widzę, bo od początku całej tej intryżki nie okazałam najmniejszego sprzeciwu, pewna, że w odpowiednim momencie przeciwstawię się zdecydowanie ludziom, którzy bynajmniej nie pytali mnie o zdanie, i sprawom, które mnie napawają odrazą. Tym razem ten spokój, ta bierność, jak mawiają filozofowie, wypływały z innego źródła. Jako uległa i oddana córka — na purpurowych ustach Eugenii zarysował się lekki uśmiech — ćwiczyłam się w posłuszeństwie.
— No i co?
— I starałam się, na ile pozwalały mi siły, a teraz, gdy nadszedł moment krytyczny, mimo wysiłków, nie jestem w stanie okazać posłuszeństwa.
— Ale w końcu jaka jest przyczyna tej odmowy, Eugenio, podaj mi przyczynę? — rzekł Danglars, którego mierny umysł zdawał uginać się pod ciężarem tego bezlitosnego logicznego rozumowania, zdradzającego siłę woli i nieustępliwość.
— Przyczyna? O Boże, bynajmniej nie chodzi o to, że pan Cavalcanti miałby być brzydszy, głupszy lub mniej sympatyczny niż inni, nie — pan Andrea może nawet uchodzić wśród tych, którzy oceniają mężczyzn po wzroście i urodzie za całkiem piękny okaz. Nie chodzi też o to, że nie darzę go jakimś szczególnym uczuciem, byłby to argument godny pensjonarki, a więc poniżej mojej godności. Nie kocham nikogo, ojciec przecież dobrze o tym wie. A więc nie rozumiem, dlaczego — jeśli nie przymusza mnie do tego absolutna konieczność — miałabym sobie obciążać życie wieczystym towarzyszem. Czyż nie powiedział jakiś mędrzec: zachowaj umiar, a inny: bierz tyle, ile zdołasz unieść? Nauczono mnie nawet tych aforyzmów po łacinie i po grecku. Jeden jest chyba Fedrusa, a drugi Biasa. A więc, drogi ojcze, w tej życiowej katastrofie — bo przecież życie jest jak katastrofa na morzu, w której toną nasze nadzieje — ot, wyrzucam do morza niepotrzebny bagaż i pozostaję panią mojej woli. Jestem gotowa żyć sama — a więc w całkowitej wolności.
— Nieszczęsna! Nieszczęsna! — wyszeptał Danglars, blednąc, wiedział bowiem z doświadczenia, jak oporna była przeszkoda, na którą nagle natrafił.
— Nieszczęsna? Ależ nie! I to słowo jest doprawdy zbyt teatralne i patetyczne. Wręcz przeciwnie, jestem szczęśliwa, bo przecież czego mi brakuje? Świat uważa, że jestem piękna, a to znaczy, że przyjmie mnie z otwartymi rękoma. A ja lubię, gdy spotyka mnie miłe przyjęcie: twarze rozjaśniają się i ci, którzy mnie otaczają, wydają się mniej brzydcy. Mam pewne zdolności i wrażliwość, które pozwolą mi na wydobycie z życia tego, co uważam za dobre, jak to robi małpa, gdy rozłupuje orzech, by dostać się do tego, co jest w środku. Jestem bogata — ojciec ma jedną z najpiękniejszych fortun we Francji, a ja jestem jedynaczką i przecież ojciec nie będzie aż tak uparty jak ojcowie ze sztuk teatralnych, którzy wydziedziczają córki, bo nie chcą im dać wnuków. Zresztą przewidujące prawo odbiera ojcu możliwość całkowitego wydziedziczenia mnie, podobnie jak zabrania zmuszać mnie do poślubienia pana takiego lub owakiego. A więc jestem piękna, inteligentna, bogata i zdobi mnie pewien talent, jak to się mówi w operetkach. Ależ to jest dopiero szczęście, ojcze! Dlaczego nazywasz mnie nieszczęsną?
Danglars, widząc córkę uśmiechniętą i okazującą dumę, która graniczyła z bezczelnością, nie mógł powstrzymać brutalnej myśli, która zdradziła się w jednym okrzyku. Gdy córka spojrzała nań pytająco i zdziwiona zmarszczyła lekko piękne czarne brwi, odwrócił się, jak nakazywała mu ostrożność, i uspokoił, ujarzmiony żelazną ręką roztropności.