— Posłuchaj, Luizo: nienawidzę tego światowego życia, w którym wszystko jest uporządkowane, uregulowane i ustalone jak układ nut na pięciolinii. To, o czym marzyłam zawsze, to życie artystki, życie wolne, w którym człowiek zależy tylko od siebie, w którym może liczyć tylko na siebie. Mam tu zostać? A po co? Po to, żeby za miesiąc próbowano mnie znów wydać za mąż? Na przykład za pana Debray’a, była o tym kiedyś mowa. Nie, Luizo, nie. Dzisiejszy wypadek posłuży mi za usprawiedliwienie. Nie starałam się, aby doszło do takiej sceny, sam Bóg mi ją zesłał, niech będą mu dzięki.
— Ależ jesteś silna i odważna! — rzekła z podziwem jasnowłosa, delikatna dziewczyna do swojej czarnowłosej przyjaciółki.
— Ejże, to chyba mnie jeszcze nie znałaś? No, Luizo, pomówmy o innych sprawach. Powóz pocztowy...
— Zarezerwowany trzy dni temu.
— Czyś kazała mu czekać tam, gdzie mamy wsiąść?
— Tak.
— A paszport?
— Oto i on.
Eugenia ze zwykłą sobie pewnością rozłożyła papier i przeczytała:
Pan Leon d’Armilly, lat dwadzieścia, artysta; włosy czarne, oczy czarne; podróżuje z siostrą.